naznaczony
Informacja
Link 06.05.2012 :: 15:59 Komentuj (4)
Przepraszam was, że już prawie miesiąc nie ma nowego rozdziału. Nie martwcie się, nie zostawię tak tej historii, dokończenie rozdziału powinno się pojawić (dopiero) pod koniec maja, a to ze względu na to, że jestem w trakcie pisania matur. Musicie mi wybaczyć i cierpliwie czekać ;) Chętnych jak zwykle powiadomię o nowości, nowych czytelników, jeśli pragną być informowani zapraszam do "Księgi gości".
Do napisania! ;)
IV./1
Link 10.04.2012 :: 19:23 Komentuj (3)
Kto z muzyką przychodzi, zła nie czyni.
Powiedzenie kertialskie
Elia Meyev zwana przez wszystkich Fintią cieszyła się ogarniającą ją zewsząd wolnością. Szczęście, które ją rozpierało było tak ogromne, że bez żadnych oporów śmiała się w noc, popędzając wałacha do coraz to gwałtowniejszego galopu. W niczym nie przeszkadzał jej niesforny, silny wiatr, który targał włosami, raz po raz zarzucając je na twarz.
Nie pamiętała już, kiedy jechała konno, ani kiedy po raz ostatni udało jej się opuścić miasto. Za plecami miała Mistiv Muror z całymi swymi wspaniałościami i obrzydlistwami, z rozczarowaniem, goryczą, bólem – z całą jej przeszłością.
Uwolniła się od udawania, że stosunki z klientami przynosiły jej radość i rozkosz, większość tych wizyt kończyła się zupełnie inaczej. Zostawał płacz i głęboko zakorzenione upokorzenie, którego nie mogła się do końca pozbyć. Z czasem uodporniła się na ból i krzywdzące obelgi, najzwyczajniej w świecie zobojętniała.
Teraz dane jej było, od tak nieznośnie długiego czasu poczuć cudownie słodki smak przyjemności, jaką daje pełna swoboda. W niczym nie przeszkadzał jej chłód, otulający ją swym obszernym płaszczem. Zmarznięte dłonie włożyła w gęstą i długą sierść konia. Noc również nie była przeszkodą, od dawna ta pora należała do niej, znała ją doskonale. To dzień nie należał do sprzymierzeńców, odsłaniał wszystko to, co skrywała ciemność, okaleczenia, siniaki i brudne prześcieradła.
Na myśl przyszła jej osoba, dzięki której pozbyła się tych okropności. Momentalnie wstrzymała wodze, koń zwolnił tempo, a Fintia spochmurniała. Prawda, było jej źle, ale przyzwyczaiła się do tego, a teraz stanęła w całkowicie nowej dla siebie sytuacji. Przespała się z magiem, na prośbę tego Kruka, tego idioty, skazującego ją na cierpienie. Bała się, bo wmawiano jej, że jedynymi mężczyznami, których nie może tknąć są ci, obdarzeni magią. Zabraniano nawet na nich patrzeć, by nie kusiło. Te, które nie usłuchały, były tracone o świcie.
Nie znała bogów, nie nauczono jej w nich wierzyć, wiedziała tylko, że gdzieś jest Sheroa, matka wszystkich bóstw. Fintia wzniosła swe oczy ku niebu, w nadziei, że nie spotka ją kara i, że wspaniała bogini wybaczy czyn, którego się dopuściła. Była jednak pełna wątpliwości.
Przerwała jazdę i zatrzymała się na środku trawiastego pustkowia, w pobliżu starych sosen. W gąszczu znalazła kilka suchych gałęzi i z niemałym trudem rozpaliła ognisko. Iskry skakały w zimnym powietrzu, niknąc w otchłani nocy, która sprawiała, że zapach żywicy i mchu był teraz wyjątkowo silny. Wdzierał się do nozdrzy, przyzwyczajonych do woni kadzideł, spoconych ciał i nęcił straszliwie przywołując dawne, mgliste wspomnienia. Odrzuciła je szybko, wciągając chłodne powietrze.
Podłożyła drwa do ognia, wzleciały iskry przypominające złote ćmy.
W tym momencie doszło do niej, że prócz konia, odłożonego mieszka i wolności nie ma nic. I, że obarczono ją nowym brzemieniem, jakim jest hańba, lęk o życie i strach przed gniewem bogów. Nie miała dokąd pójść, nie widziała przed sobą konkretnego celu. Chciała swobody, a gdy ją dostała zaczęła tęsknić za wyuczoną, dobrze znaną niewolą.
Wśród osobliwych dźwięków nocy, pohukiwania sów, trzepotów skrzydeł nietoperzy pojawiła się przedziwna nuta, niepasująca zupełnie do tego pustkowia. Wznosiła się na lekkim wietrze, dotarła do wrażliwych uszu konia, który słysząc obce brzmienie parsknął niezadowolony. Później okrążyła głowę Fintii i wzbudziła w dziewczynie zainteresowanie. Dźwięki instrumentów stawały się coraz wyraźniejsze, bez problemu można było już rozróżnić stukot tamburyna, gwiżdżącą fujarkę i harmonijkę, a także wyjątkowo piękny, kobiecy głos. Słowa nie miały znaczenia, były tylko uzupełnieniem cudownej melodii.
- Hej! Czy podróżni mogą skorzystać z ognia? - Niski, męski głos, z lekką chrypką został skierowany w jej stronę.
Zdziwiona Fintia zastanawiała się nad odpowiedzią. Widocznie oczekiwanie obcych było zbyt długie, bo mężczyzna przerwał ciszę:
- Kto z muzyką przychodzi, zła nie czyni.
- Chodźcie, ogrzejcie się – wydukała, podnosząc się z wilgotnej trawy.
Stanęli na tyle blisko, by ciepłe światło ogniska oświetliło ich sylwetki. Podróżnych było pięciu, w tym dwie kobiety, w niezwykle błyszczących strojach. Miały na sobie lekkie, zwiewne szaty z przyszytymi w różnych miejscach kawałkami połyskującej tkaniny. Fintia słyszała tylko o materiale zwanym księżycową płachtą, osiągającym na rynkach niebagatelne sumy. Produkcją zajmowały się tylko i wyłącznie elfy zamieszkujące Wolne Miasto Junura w Kertialu. Na łamach porozumienia po jednej z wojen, po całkowitej stracie swoich ziem, otrzymały małą namiastkę dawnej wolności. W Junurze elfy prowadziły własną politykę, a że większość z nich była doskonałymi kupcami i rzemieślnikami Wolne Miasto bardzo szybko zaczęło się bogacić.
Teraz Fintia miała okazję zobaczyć po raz pierwszy ten cudowny materiał, odbijający blask ognia srebrzystym blaskiem.
Twarze obu kobiet były tak do siebie podobne, że była niemal pewna, że łączy je bliskie pokrewieństwo. Nosy miały małe, lekko zadarte, usta pełne i kształtne, oczy duże, w kształcie migdałów, nie mogła jednak dostrzec ich koloru. Brązowe pukle włosów okalały te gładkie, jasne twarze. Obie uśmiechały się figlarnie. Mężczyźni za to różnili się od siebie znacznie. Pierwszy, ten o niskim głosie nie był tak wystrojony jak pozostali, miał na sobie zwyczajny, skórzany strój, taki, jaki noszą podróżni, bądź myśliwi. Na pierwszy rzut oka już wiedziała, że pod nim znajduje się dobrze rozbudowane ciało. Na głowę miał wciśnięty kapelusz z długim, bażancim piórem, spod którego wystawały niesforne, jasne kosmyki. I właśnie on znów się do niej odezwał.
- Ostatnio noce stają się coraz zimniejsze na pustkowiach. A, i o ogień nie łatwo, bo rosa ściółkę przykrywa.
- Cohel, jesień się zbliża, to normalne – rzuciła kobieta, podchodząc bliżej. - Jestem Nanna. – Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. – To moja siostra Cayna i nasi towarzysze Cohel, Avonet i Lonan. No chodźcie bliżej, poczęstujcie winem.
- Mówcie mi Elia.
- Co, przepraszam, że pytam, robisz Elio samotnie na pustkowiu? - Nanna przysiadła na skórze dzika, tuż obok ognia.
- Podróżuję. Właściwie to nie obrałam jeszcze żadnego celu. - Wzięła duży łyk podanego jej wina. Słodki smak winogron i korzennych przypraw rozniósł się po podniebieniu, a po chwili przyjemne ciepło rozlało się po ciele. - Cudowny smak, to wino z..?
- Tak, ze wschodu, dokładnie z Kertialu – wtrącił się Avonet. - Wbrew pozorom Kertial nie jest tak lesistym państwem, jak uważa większość z was, ludzi. Mamy tam wiele, dobrze znanych na południu winnic.
- Ludzi?
- Jesteśmy elfami, nie zauważyłaś Elio? - Avonet ściągnął ozdobny kapelusz, miał czarne włosy, na tyle krótko ścięte, że dało się zauważyć zakończone w szpic uszy. W prawym świecił mu się złoty, okrągły kolczyk.
- Nie strasz naszej gospodyni – zaśmiała się Cayna. - To mówisz, że nie masz celu. – Łyknęła wina z wysokiej, glinianej butelki. - Cohel, a gdzie my zmierzamy?
- Mamy umówione spotkanie, czyżbyś zapomniała?
- Ja? Ja nie zapominam o ważnych rzeczach w przeciwieństwie do ciebie – burknęła.
Fintia nie pamiętała już, jak to jest mieć przyjaciół, jakie zabawne jest droczenie się między sobą o każdą, nawet najmniejszą i mało istotną rzecz. Siedziała wśród elfów na pustkowiu, w dość sporej odległości od jakichkolwiek ludzkich siedzib i najdziwniejsze było to, że nie bała się ani odrobinę. Rozmawiała, jadła smażonego w ogniu królika i piła kertialskie wino. Śpiewała sprośne piosenki i śmiała się, uwolniona od wszelkich trosk i smutków. Słuchała opowieści z krain, o których istnieniu nawet nie wiedziała. Gawędzili długo.
- Muszę się dostać do świątyni – rzuciła Fintia i wgryzła się w swoją porcję królika.
- Jakiejś konkretnej? - zapytała Cayna. - Słabo znam waszych bogów.
- Wstyd przyznać, ale ja także ich nie znam. Nie wiem nawet, gdzie mam szukać.
- My zmierzamy do Warmen, jedź z nami Elio. Twoje towarzystwo jest nam miłe, a w każdym większym mieście znajduje się świątynia – zaproponował Cohel.
- Nie wiem, czy to rozsądne.
- Na pewno rozsądniejsze od samotnej podróży. Taki włóczykij to kusi los i sam ściąga na siebie kłopoty. Łatwy cel dla rozbójników, a tych to zawsze na pęczki, bo przecież grabienie samotników to najłatwiejszy zarobek.
- Oj kłóciłbym się z tobą, czy on w rzeczywistości jest taki łatwy, jak mówisz. – Cohel kiwnął ostrzegawczo palcem w stronę Cayny i wrzucił do ognia kij, długo obracany w dłoniach.
- A, czego będziesz szukać w świątyni bóstw, których nie znasz? - odezwał się milczący dotychczas Lonan. Nie spojrzał nawet na Elię, zajęty struganiem rzeźby z drewna.
- Przebaczenia i zrozumienia. Muszę być pewna, że nie wisi nade mną klątwa. - Wygięła wargi w gorzkim uśmiechu.
- Chcesz znać moje zdanie? Nie nosisz żadnej klątwy.
- Skąd możesz to wiedzieć? Nie masz nawet pojęcia o tym, co zrobiłam.
- To proste. Żaden człowiek nie może być naznaczony klątwą, bo kto mianowicie miałby cię nią naznaczyć? Bogowie? Żaden śmiertelnik chodzący po tej ziemi nie ma takiego prawa, a bogowie mają inne zmartwienia niż obserwowanie prostych ludzi.
- Elio, nie zwracaj na niego uwagi. Kpi sobie z wiary, jest bogiem sam dla siebie.
Wystrojony w kosztowne materiały Lonan, milczący, o dziwnych poglądach, stał się dla niej zagadką, którą chciała rozwiązać.
- Pojadę z wami do Warmen – oznajmiła, dopijając resztkę wina.
Pierwsze promienie słońca błysnęły ponad horyzont, niebo zalało się tysiącem odcieni fioletu, różu i oranżu. Spomiędzy wysokich, pożółkłych traw, gdzie srebrem lśniły mokre od rosy pajęczyny, z krzykiem wzleciało w górę stado białych żurawi. Pasikoniki rozpoczęły swój koncert w towarzystwie świergoczących ptaków. Ranek był wyjątkowo mglisty i rześki, taki, jaki Cayna lubiła najbardziej.
Wszystkie pakunki zostały przymocowane do grzbietu dziwnego konia. Elfka, co chwilę spoglądała na niego sceptycznie, nie pasował jej jego wygląd, ta gęsta, szara niczym popiół z ogniska sierść i rogi, długie, zupełnie nie pasujące do całości zwierzęcia. Przywykła do zwykłych, gniadych wierzchowców i zupełnie nie mogła się przestawić na te z Myrenǎlu, wyjątkowo kapryśne i nieustępliwe.
Zmieniła strój na dużo wygodniejszy, skórzany, lekkie buciki na wysokie z klamrami. Czuła się o wiele swobodniej.
- Ominiemy Mistiv Muror? - wymamrotała Elia, widocznie zmartwiona.
- Wątpię, musimy kupić konie, a Mistiv Muror jest najbliższym miejscem, gdzie możemy to zrobić.
Cayna czuła, że te słowa wcale nie ucieszyły Elii. Miała ochotę podejść i przytulić to biedne dziewczę, zobaczyć jak się uśmiecha i jak jej ruda fala loków błyszczy się w słońcu. Zamiast tego zapytała, ostrożnie i na tyle cicho, by jej towarzysze nie dosłyszeli.
- Czego się boisz? Wyczułam cię, uciekasz przed czymś. - Dotknęła jej drżącego ramienia.
- Uciekam przed śmiercią – odparła wymijająco.
- Widzę, że nie chcesz mówić, zatem nie będę naciskała. W sumie zbyt krótko się znamy, ale jeśli będziesz potrzebowała rozmowy, to wiesz do kogo możesz się zwrócić.
Co wywołuje ten strach? Wątpiła w to, że Elia kiedykolwiek odczuła taki, jak ten należący do niej. Więc, co ją tak przeraziło? Nie wyglądała na dziewczynę, która zalazła za skórę straży, albo oprychom, czego o niej i jej towarzyszach nie można było powiedzieć.
Westchnęła głęboko, wciągając do płuc świeże, poranne powietrze. Czuła już o tak wczesnej porze, że dzień będzie wyjątkowo upalny. Ostre promienie słońca obudziły śpiące owady, widziała kątem oka jak Cohel daremnie próbuje je od siebie odgonić, machając swym zielonym kapeluszem z dużym, bażancim piórem. Powstrzymała się od kąśliwej uwagi na temat utrzymywania czystości, wiedziała, że elf odgryzie się czymś o wiele złośliwszym.
W oddali majaczyły mury miasta, na oko dzieliła ich od niego jedna staja. Dla Elii każdy krok w wysokiej, utrudniającej marsz trawie był krokiem w stronę przeszłości.
- Cayna?
- Tak? - spytała, podchodząc bliżej.
- Chcę ci to opowiedzieć, to, o co pytałaś.
Wysłuchała. Choć Elia nie mówiła o bólu i strachu, ani o goryczy, to ona doskonale to wyczuła. Miała słabość do osób skrzywdzonych, oszukanych przez innych lub przez los. Wszystkim chciała pomagać i wszystkich pocieszać, za sprawą tego zachowania dość często zapominała o sobie. Tym razem jej sumienie znów zostało poruszone.
- Avonet, zmieńmy kierunek.
- Na jaki? Musimy kupić konie, chyba zdajesz sobie z tego sprawę, że Mistiv Muror jest nam najbliższe?
- Bliższa jest nam karczma na rozdrożu, tam też kupimy konie.
- W mieście mamy większy wybór.
- Naciskam, by to była jednak karczma.
Avonet pod wpływem jednego, ostrego spojrzenia zaniechał dalszej próby namawiania Cayny na pozostanie przy obranej trasie. Szarpnął konia za uzdę i skręcił w stronę traktu. Wolał się nie kłócić z towarzyszami, z natury był spokojny i ugodowy.
Elia odetchnęła z wyraźną ulgą.
Pył na drodze stał się już po chwili dość uciążliwy. Osiadał na ubraniach i wdzierał się do nozdrzy, mieli jednak szczęście, bo nie paliło ich słońce. Wszystko przez drzewa rosnące po obu stronach traktu, osiki, wierzby i brzozy o żółtych już liściach. Ostatnie loty kolorowych motyli stały się częste w zaroślach mleczy, tych jeszcze kwitnących, jak i przekwitłych, którymi zazwyczaj bawiły się dzieci, zdmuchujące puchate nasionka. Pogoda była wyjątkowo udana jak na połowę września. Cohel pogwizdywał wesoło, co kapryśnemu koniowi się nie podobało, bo parskał nazbyt często.
- Opowiedzcie mi o waszych bogach – zagadnęła ich Elia.
- O którym konkretnie? - zapytała Nanna. Po drodze zerwała wiązkę kwiatów, którą teraz z trudem próbowała uformować w wianek.
- O wszystkich, jeśli można.
- Wszystkich? - Elfka zaśmiała się. - To potrwałoby zbyt długo. Opowiem ci o najważniejszych, jednym z nich jest Wielka Gwiazda, to ona zesłała na nasz świat wszystkie opiekuńcze Duchy, będące jej dziećmi. Widać ją na niebie dwa razy do roku, nocą najdłuższą i najkrótszą, wtedy świętujemy. Palimy vamuki, czyli ogromne ogniska układane z gałęzi świętych drzew, wy nazywacie je cyprysami. Śpiewamy i na zakończenie dokonujemy oczyszczenia w rzece. - Skończyła wianek i włożyła go sobie na głowę, wyglądała uroczo.
- A Duchy?
- Duchy są dla nas wyjątkowe, to dzięki nim istnieje nasza rasa...
