II./1



Link 25.01.2012 :: 20:22 Komentuj (7)

Ci, którzy nie czytali, zmieniona jest końcówka pierwszego rozdziału. Ten nie jest skończony, ze względu na to, że będę miała mniej czasu nie chcę wam robić zbyt długich przerw, a wrzucać rozdziały po połowie. Zapraszam do czytania :)



Ludzie z natury, jako słabsza rasa, bronią się kłamstwem... Uczcie się dzieci moje, po tym właśnie można ich poznać.
Lüfiao Cittilren „Rasy świata naszego”

Konie z Myrenǎlu różniły się znacznie od swych braci z północy. Charakteryzowały się dłuższym futrem, były smuklejsze, a na głowie nosiły dumnie parę wywiniętych rogów, przypominających te, które mają koziorożce. Właśnie jedno z tych stworzeń zniknęło w nocy ze stajni Gradesa. Stał on teraz z kilkoma ludźmi obok zabudowań, gdzie trzymał swoje zwierzęta. Był zdenerwowany, zmarszczki na jego czole były teraz widoczne bardziej niż zwykle. Można by pomyśleć, że włosy przyprószone siwizną zmieniły kolor, także pod wpływem gniewu, uczynił to jednak czas, który nieubłaganie dodawał mu lat. 
 - A może to twój Dèr wybrał się gdzieś na przejażdżkę? Jest młody, to nie wykluczone, że mógł się gdzieś wybrać w środku nocy. – Przerwał ciszę rybak, opierający się o pień starej gruszy.
 - Mój syn? Śpi w chacie. Łaził pewnie całą noc z tym powsinogą Krukiem i zapewne znów będzie spał do południa. A do zawszonej...!
 - Spokojnie, Gradesie, skoro tak twierdzisz – wtrącił się wysoki, brodaty mężczyzna, będący kowalem – to może faktycznie to był złodziej. Słyszałem od Jargona, że te parszywe sukinkoty coraz śmielej panoszą się po traktach. Drwią sobie z naszej straży, chociaż to mnie nie dziwi. Widział który z was, jak oni wyglądają? Chude to takie, drobne, albo tak grube, że z konia musi zsiadać przy przechodzeniu przez most.
  Dookoła rozbrzmiała głośna salwa śmiechu. Kowal w przypływie radości klepnął rybaka, zrobił to jednak z taką siłą, że biedak wylądował na ziemi. Wstał, otrzepał skórzany kaftan z kurzu i obdarzył brodatego gniewnym spojrzeniem. Grades dalej miał minę, jakby mu zabrano całe gospodarstwo, a nie jednego konia. Było mu bardzo ciężko, teraz liczył się każdy miedziak i każde zwierzę. Musiał przyznać, że plony były marne, a przyczyniło się do tego deszczowe lato. Nie chciano w mieście ich mąki, była kiepska w porównaniu z tą, która była sprowadzana z rejonów nizinnych. Sami więc sobie piekli chleb, a myśl o nim, za każdym razem sprawiała, że czuł w ustach gorzki posmak.
 - Więc, co powinienem zrobić? Nie pójdę z tym przecież do straży. – Grades spojrzał na kowala z nadzieją, że udzieli mu błyskotliwej rady.
 - Cóż ci ja mogę rzec, przyjacielu? Ja bym na pewno nie poszedł do tych chuderlaków. Jeszcze zapewne wyręczyliby się magiem, który akurat ma przerwę od chodzenia po domach.
 - Nie wspominaj mi nawet o tych sukinkotach. Jeśli dobrze liczę, to dziś mają przyjść po mojego chłopaka. Całe gospodarstwo szlag trafi, zostanę ze wszystkim sam. - Grades poczuł się bezradny wobec sił, które miał nad sobą. Nic nie mógł zrobić, nic, co by uratowało jego dobytek i rodzinę przed rozpadem.
 - Daj spokój, spójrz na nas. Każdy z nas czekał na syna, by mógł przejąć po nas nasz dorobek, by mógł nas zastąpić. Gdy w końcu się doczekaliśmy, przyjdzie nam ich pożegnać, oddać w parszywe ręce magów. Zbyt długo czekaliśmy na dogodny moment – uśmiechnął się szczerze.
 - Nie chcesz mi chyba powiedzieć...? - spojrzał zaskoczony na swoich gości.
 - Tak, właśnie chcę ci powiedzieć, że szykujemy się do buntu!
 - Jesteś szalony, Fiborze! Jesteś tak, na bogów szalony w tym, co mówisz, że nie sposób ci nie uwierzyć. Wiesz jednak o tym, że nie damy rady?
 - Ach, mój przyjacielu, wiem o tym doskonale. Ale pomyśl, i tak zginiemy. Nikt z nas, nie chce się temu biernie przyglądać, a zawsze istnieje choćby najmniejsza szansa powodzenia. - Fibor poprawił swą gęstą brodę i spojrzał wyczekująco na Gradesa.
 - A niech mnie! Śmierć oczekuje na mnie za każdym rogiem. Zabijecie mnie, jeśli się nie zgodzę. A więc na bogów zgadzam się! Na zawszone tyłki nimaków, macie we mnie sojusznika!
 Ściskali się po męsku, w przypływie radości. Kowal Fibor górował nad wszystkimi, niczym potężna wieża nad lichymi chatami. Kto by pomyślał, że dojrzałym mężczyznom sprawi tak wielką radość sama myśl o potyczce? 
 - A więc przyjaciele moi, widzimy się o zmierzchu pod Wielkim Dębem – oznajmił Fibor, po czym wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić.
  Wielki Dąb rósł na okrągłym placyku, w centrum wioski. Stanowił on miejsce spotkań dla tych, którzy na osobności chcieli dobić targu. Do grubego konaru przywieszane były najrozmaitsze ogłoszenia, a pod jego rozłożystymi gałęziami rozkładali swe kramy wędrowni kupcy. Tam też  Dèr czekał na Kruka. Dłuższą już chwilę siedział na drewnianej ławeczce, wsparty o pień drzewa, który strasznie uwierał go w plecy. Uderzające go po twarzy, ciepłe promienie słońca były jednak tak rozkoszne, że nie miał zamiaru się stamtąd ruszać nawet na krok. Wyszedł z chaty już dość wcześnie, by nie napotkać ojca i nie wysłuchiwać jego natrętnych pytań o konia, który był, a nagle zniknął. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Grades nie spocznie dopóki się nie dowie, co zaszło. A jemu nie uśmiechało się opowiadać, że oddał cenne zwierzę kobiecie, z którą spędził kawałek ostatniej nocy, zresztą bardzo miły kawałek. Uznał to za pewien rodzaj zapłaty, brzydko mówiąc handlu, o którym nikt poza nimi dwoma nie musiał wiedzieć. 
  Myśli o ostatniej nocy sprawiały, że zapominał o całym tym chaosie, który od pewnego czasu go otaczał, począwszy od magów, a skończywszy na marnych plonach. Zbyt długo zastanawiał się, co zrobić, by zostać. Odrzucił mnóstwo pomysłów, bo żaden z nich nie nadawał się do zrealizowania.  Jedno, czego był pewien to to, że nie miał zamiaru uciekać. Po pierwsze miał swój honor, a po drugie wiedział, że reszta jego życia będzie jednym, wielkim lękiem, czy aby przypadkiem ktoś się nie domyślił i nie postanowił go wydać. Pogodził się ze straszliwą myślą, że nic nie da się zrobić. Siedział więc i grzał twarz w słońcu.
  Placyk był pusty, wokół panowała cisza, co było dosyć dziwne, bo o tej godzinie zawsze przewijał się tędy tłum ludzi. Bezustannie ktoś wyglądał przez okna, teraz nawet i te świeciły pustkami. Tylko koty, które hałasowały chodząc po dachach, nie zaprzestały, a wręcz przeciwnie, dodatkowo przeciągle miauczały. Miały ułatwioną drogę, bo budynki były ustawione ciasno, jedne, obok drugich. Tworzyły idealny okrąg wokół placu, poprzecinany gdzieniegdzie wejściami w wąskie uliczki. Właśnie w jednej z takich uliczek doszedł do uszu Orła dźwięk, przypominający skrzypienie desek i stukanie kół o bruk. Stawał się on coraz głośniejszy. Dèr otworzył oczy, mając nadzieję, że w końcu zjawił się Kruk. Pomylił się jednak. Na plac wszedł starszy mężczyzna, ciągnąc za sobą wózek obładowany futrami, koszami i beczułkami. Zatrzymał się, wytarł rękawem pot z czoła, rozpiął zmiętoloną koszulę i ruszył w stronę Wielkiego Dębu. Usiadł na ławeczce obok Orła, odetchnął głęboko i zamknął oczy. Orzeł uświadomił sobie, że gdzieś już widział tę twarz. Te mocno zarysowane kości policzkowe, te wąskie usta, krzaczaste brwi i równie krzaczastą brodę.
 - Tyś wygłaszał wczoraj, w karczmie przemówienie? - Dèr zwrócił się do mężczyzny.
 - Pytasz, bo chcesz się pośmiać? Jeśli tak, to znam jeszcze kilka zabawnych historii – odpowiedział nie otwierając oczu.
 - Pytam, bo chcę wiedzieć, czy to prawda.
 - Mało kogo w naszych czasach obchodzi prawda chłopcze, bo bywa ona zbyt brutalna. Ludzie wolą słuchać wymyślanych historii, śmiesznych i rubasznych, a nie smutnych i okrutnych. Tak już z nami jest, mamy dość własnych problemów, po co słuchać o tych z daleka?
 - Więc było to prawdą? - zapytał po raz drugi, nie ustępując.
 - Nie było. – Mężczyzna otworzył oczy. - Nigdy nie byłem w waszych lasach i nie zamierzam tam wchodzić.
 - Po co więc to całe przedstawienie? - Orzeł wbił w niego wzrok.
 - Chociażby po to, by dobrze zjeść i się napić. W ostatnich kilku karczmach mi się to udało – zaśmiał się. - Wczoraj widocznie nie trafiłem w towarzystwo. 
 - Po prostu nie w tą bajkę, co trzeba. Albo jak kto woli, w prawdę, która boli.
 - Skoro widzisz w tym prawdę, to niech tak zostanie. – Wstał z ławki i odgarnął włosy do tyłu. - Nie zdążyłem wczoraj dodać, że ci Szaroludzie to barbarzyńcy. Gdy obudziłem się rankiem w lesie, zobaczyłem, że na drzewie wisi bezwładnie ciało mojego towarzysza. Tak obchodzą się z ludźmi, którzy wkraczają na ich teren.
 - Mówiłeś, że nigdy nie wchodziłeś do naszych lasów.
 - A mówiłem, że to prawda? - zaśmiał się. - Dużo chcesz wiedzieć chłopcze.
  Orzeł także się uśmiechnął. Widocznie miał przed sobą szaleńca, który tak go zirytował, że przerodziło się to w rozbawienie. Wyciągnął zza pazuchy wąski mieszek. Wyjął z niego kilka miedziaków i włożył mu do pomarszczonej dłoni.
 - Wielkie dzięki mości panie. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy, bo miło mi się rozmawiało. – Ukłonił się. Sięgnął do wózka po kapelusz, założył go na głowę i wyszedł z cienia, ciągnąc swój dorobek. Zniknął w uliczce.
  Plac powoli zaczął się zapełniać. Z chat zaczęły wychodzić zaspane kobiety, rozkładając swe niewielkie kramy. Mężczyźni załadowywali towar na wozy, by wywieść go do miasta, a krzyczące dzieci przeszkadzały we wszystkim, traktując to jako zabawę. Dla Orła zrobiło się już zbyt tłoczno, denerwował go hałas oraz fakt, że Kruk się spóźniał. Miał to w zwyczaju, ale dziś trwało to zbyt długo. 
 Spotkał go poza placem, na żwirowej ścieżce między stajniami. Wyglądał tak, jakby pił bez przerwy całą noc. Ubranie miał pogniecione i brudne, z włosów wystawało mu siano, a na twarzy widniał szeroki uśmiech. Na widok Orła spoważniał, otrzepał się trochę z kurzu i przeczesał brodę.
 - Już właśnie miałem do ciebie iść. Załatwiałem pewną sprawę, która rozwlekła się trochę w czasie – mówił ściszonym głosem.
 - Co znów za sprawę? Kruk proszę, nie wyprowadzaj mnie z równowagi! - warknął Dèr.
 - Ciszej.
 - Z kim tam rozmawiasz? Wracaj do mnie, czekam tu na ciebie mój ogierze! - Ze stajni dobiegał kobiecy głos.
 - Mówiłem żebyś był ciszej? Ta kobieta nie da mi żyć, trzyma mnie tutaj od ładnych kilku godzin – szeptał Kruk.
 - Chodź stąd. Czemu ja zawsze muszę cię ratować z tych twoich miłosnych zabaw? - Pociągnął go za ramię na tyły stajen. - Pamiętasz jak ci pomogłem, gdy uciekałeś z sypialni młynarza? 
 - Nie przypominaj mi o tym, chyba dalej mam ślad na dupie, od tej łopaty do chleba - wybuchnęli śmiechem.
 - A kim była ta nieustępliwa?
 - Żona Vedda, myśliwego. Biedna kobieta, od trzech dni nie ma jej męża... Nie przypuszczałem, że będzie aż tak zaborcza. – Przysiadł na pieńku przeznaczonym do porąbania. - Ale mów, jak mi się udała niespodzianka? Jestem tego niezmiernie ciekaw. – Bawił się, przeczesując swą kozią bródkę. Zawsze tak robił, gdy rodziło się w nim nieokiełznane zainteresowanie.
 - Było całkiem przyjemnie – wymamrotał Orzeł. Od razu było po nim widać, że nie ma najmniejszej ochoty dzielić się swoimi przeżyciami.
 - Przyjemnie? To, po przyjemnej nocy dziwka ucieka na twoim koniu? Coś tu się bardzo pozmieniało od mojej ostatniej wizyty na pięterku.
 - Skąd o tym wiesz? - Próbował ukryć zaskoczenie, ale z daremnym skutkiem.
 - Jeszcze się nie nauczyłeś, że dużo wiem. Zaszedłem rankiem do gospody, Salibor pytał mnie, czy nie widziałem Fintii, bo nie przyszła się z nim rozliczyć. Mówił, że był na górze, ale nie było tam ani jej, ani pieniędzy. Później ciężko było się nie dowiedzieć, że twojemu ojcu zniknął ze stajni koń. Wszyscy wokół trąbią o tym od rana. Na koniec wystarczyło powiązać ze sobą fakty i mamy piękną historyjkę.
 - Zaiste piękną. Zapomniałeś jej powiedzieć, że jestem kandydatem na maga, a mi, że nie powinienem mieć żadnej styczności z kobietą.
 - Przesada. To, co mówią to największy idiotyzm jaki słyszałem. To magów pozbawiają męskości, to magowie nie mogą się zabawiać z babami, a z tego, co wiem to ty nie jesteś jeszcze magiem.
 - Ale psiakrew jestem naznaczony!
 - Skoro tak, to powinieneś o tym wiedzieć i się pilnować, a nie zwalać winę na mnie.
 - Nie zwalam na ciebie winy...
 - Skończ się mazgaić, Orzełku. Chodź stąd, zgłodniałem po tej wizycie w stajni.
 - Łap ogierze! - Dèr wyciągnął zza pazuchy duże, czerwone jabłko i rzucił w kierunku Kruka.